11 września 2001 roku dwóch pilotów F-16 z bazy Andrews pod Waszyngtonem wystartowało z zadaniem ochrony stolicy Stanów Zjednoczonych przed kolejnym zagrożeniem z powietrza. Heather „Lucky” Penney i Marc Sasseville nie mieli jednak rakiet, którymi mogliby zestrzelić porwany samolot.
Wiedzieli, że w najgorszym przypadku jedynym sposobem zatrzymania Boeinga 757 może być zderzenie z nim. Najbardziej niezwykłe jest to, że kiedy wzbijali się w powietrze, Flight 93 od około 35 minut leżał już rozbity w Pensylwanii.
Historia tych dwóch pilotów jest jedną z najbardziej niezwykłych opowieści związanych z lotnictwem podczas zamachów z 11 września. Jednocześnie przez lata narosło wokół niej wiele uproszczeń i mitów. Oficjalne dokumenty pokazują, że sytuacja była bardziej skomplikowana niż popularna wersja mówiąca, że „NORAD wysłał F-16, aby zestrzeliły Flight 93”.
Flight 93 zmienia kurs
United Airlines Flight 93 był Boeingiem 757 lecącym 11 września 2001 roku z Newark do San Francisco. Samolot został porwany przez czterech terrorystów.
Około godziny 9:28 kontrolerzy zaczęli obserwować oznaki przejęcia maszyny. O 9:39 porywacz Ziad Jarrah przekazał przez radio informację o bombie na pokładzie.
Kilka minut później sytuacja stała się jeszcze bardziej niepokojąca. O 9:41 wyłączono transponder Flight 93, ale kontrolerzy nadal mogli śledzić samolot na radarze pierwotnym.
Boeing zaczął zmieniać kierunek. Zamiast kontynuować lot na zachód, zawrócił na wschód, w stronę Waszyngtonu.
W tym samym czasie w Stanach Zjednoczonych trwał bezprecedensowy chaos. Po uderzeniu samolotu w Pentagon Federalna Administracja Lotnictwa wydała polecenie, aby wszystkie znajdujące się w powietrzu samoloty lądowały na najbliższych lotniskach.
Flight 93 nadal jednak leciał.
Pasażerowie podejmują walkę. Na pokładzie Boeinga 757 pasażerowie zaczęli dowiadywać się przez rozmowy telefoniczne, co wydarzyło się wcześniej.
Wiedzieli już, że porwane samoloty zostały wykorzystane jako broń. Około 9:57 rozpoczęła się próba przejęcia kokpitu.
Pasażerowie ruszyli na porywaczy, próbując odzyskać kontrolę nad samolotem. Zapis rejestratora głosów pokazuje, że około 10:00 w kokpicie trwała walka.
Ostatecznie i tak doszło do rozbicia samolotu. O 10:03:11 Flight 93 uderzył w ziemię w Stonycreek Township w Pensylwanii. Boeing 757 nie dotarł do Waszyngtonu.
Pasażerowie nie wiedzieli, czy uda im się przejąć samolot. Piloci F-16 nie wiedzieli natomiast, że ich potencjalny cel już nie istnieje.
Co w tym czasie wiedziało wojsko?
To jeden z najbardziej interesujących elementów całej historii. Popularna narracja przez lata przedstawiała wydarzenia tak, jakby NORAD od początku wiedział o porwaniu Flight 93 i wysłał myśliwce, aby go przechwyciły.
Raport Komisji 9/11 pokazuje jednak, że rzeczywistość wyglądała inaczej. NORAD nie wiedział nawet o porwaniu Flight 93 aż do momentu, gdy samolot już się rozbił.
Co więcej, myśliwce F-16 z Langley Air Force Base w Wirginii, które często pojawiają się w opowieściach o Flight 93, nie zostały poderwane w odpowiedzi na sytuację z tym samolotem. Ich załogi nie wiedziały, że mają szukać porwanego Boeinga 757.
To właśnie tutaj rozpoczyna się historia dwóch innych F-16.
Andrews Air Force Base – 10:38
W pobliżu Waszyngtonu znajdowała się baza Andrews, należąca do 113th Wing District of Columbia Air National Guard. Wśród pilotów byli 1st Lt. Heather „Lucky” Penney oraz jej dowódca Col. Marc Sasseville.
Po atakach otrzymali zadanie poderwania F-16 w celu ochrony Waszyngtonu. Według raportu Komisji 9/11 pierwszy F-16 z Andrews znalazł się w powietrzu o 10:38.
Oznacza to, że wystartował około 35 minut po katastrofie Flight 93. Penney i Sasseville tego nie wiedzieli.
To nie był zwykły alarm NORAD
Kolejna ważna kwestia dotyczy samego rozkazu. F-16 z Andrews nie zostały poderwane w ramach standardowej misji NORAD.
Gen. David Wherley, dowódca 113th Wing, otrzymał informacje przekazane przez Secret Service. Chodziło o ochronę Białego Domu i reagowanie na każdy samolot, który mógł stanowić zagrożenie dla Kapitolu.
Wherley przełożył przekazane polecenie na wojskowe zasady użycia broni jako „weapons free”. Oznaczało to, że decyzja o użyciu broni pozostawała w kokpicie, a w praktyce w rękach dowódcy pary.
Co niezwykle istotne, Komisja 9/11 ustaliła, że prezydent George W. Bush i wiceprezydent Dick Cheney nie byli świadomi, że F-16 z Andrews zostały poderwane w ten sposób, poza standardowym łańcuchem dowodzenia NORAD.
Problem: F-16 nie miały rakiet
Penney i Sasseville mieli jeszcze jeden problem. Ich F-16 były nieuzbrojone w pociski powietrze-powietrze. Rakiety AIM-9 Sidewinder znajdowały się w bazie, ale ich przygotowanie i dostarczenie na linię wymagało czasu.
W tym momencie liczyła się każda minuta. Pierwsza para F-16 wystartowała więc bez rakiet.
Samoloty miały natomiast około 100 sztuk amunicji treningowej do działka. Nie była to amunicja przeznaczona do skutecznego zniszczenia dużego samolotu pasażerskiego.
U.S. Air Force i National Museum of the U.S. Air Force opisują misję Penney i Sasseville jako one-way mission – misję, z której piloci mogli nie wrócić.
Plan był skrajnie ryzykowny
Jeżeli odnaleźliby porwanego Boeinga 757, sytuacja była jasna. Nie mogli użyć rakiet. Nie mogli liczyć na skuteczne użycie treningowej amunicji z działka.
Pozostawało więc rozwiązanie, którego normalnie nie bierze się pod uwagę w działaniach lotniczych: zderzenie z samolotem pasażerskim.
Plan był prosty, ale śmiertelnie niebezpieczny.
Sasseville miał skierować F-16 w stronę kokpitu Boeinga 757.
Penney miała uderzyć w ogon samolotu.
Celem było pozbawienie maszyny sterowności i doprowadzenie do jej zniszczenia, zanim dotrze nad Waszyngton. Penney po latach opisywała tę możliwość jako misję, w której zdawała sobie sprawę, że może zginąć.
Była wówczas bardzo młodą pilotką F-16 i wykonywała swoją pierwszą rzeczywistą misję alarmowego startu. - „Nie wiedzieliśmy, że Flight 93 już się rozbił”
To najbardziej niezwykły element tej historii. Kiedy Penney i Sasseville wystartowali z Andrews, Flight 93 od około 35 minut znajdował się już na ziemi w Pensylwanii.
Pasażerowie wykonali swoją ostatnią próbę powstrzymania terrorystów. Piloci F-16 jednak nadal szukali zagrożenia. Nie wiedzieli, że samolot, którego mogli spodziewać się nad Waszyngtonem, już nie istnieje.
National Museum of the U.S. Air Force podaje, że Penney i Sasseville patrolowali przestrzeń nad Waszyngtonem, a dopiero później dowiedzieli się, że pasażerowie Flight 93 zmusili porywaczy do rozbicia samolotu w Pensylwanii.
Nie byli jedynymi F-16 nad Waszyngtonem
W tym czasie w rejonie stolicy działały również F-16 z Langley Air Force Base. Jednak ich historia była zupełnie inna.
Langley F-16 zostały poderwane w ramach reakcji NORAD na inne potencjalne zagrożenie. Nie wystartowały specjalnie po Flight 93.
Piloci Langley nie wiedzieli nawet, że powinni szukać porwanego samolotu. Komisja 9/11 zwróciła uwagę, że popularna wcześniejsza wersja wydarzeń, według której NORAD miał 47 minut na przechwycenie Flight 93, była błędna.
Co by się stało, gdyby Flight 93 nie został przejęty przez pasażerów i rozbity?
Komisja 9/11 przeanalizowała również hipotetyczny scenariusz.
Gdyby Flight 93 nie rozbił się o 10:03, według szacunków Komisji najwcześniej mógłby dotrzeć do Waszyngtonu około 10:13, a prawdopodobnie przed 10:23.
W tym czasie nad Waszyngtonem znajdowały się już F-16 z Langley, ale ich piloci nie znali celu swojej misji i nie mieli przekazanej zgody na zestrzelenie.
To pokazuje, jak niewielkie byłyby możliwości reakcji.
Misja trwała znacznie dłużej
Penney i Sasseville nie wrócili do bazy po kilku minutach. Przez ponad godzinę patrolowali przestrzeń powietrzną nad Waszyngtonem, szukając potencjalnego zagrożenia. National Museum of the U.S. Air Force podaje, że dopiero później dowiedzieli się o losie Flight 93.
W tym czasie przestrzeń powietrzna nad stolicą, zwykle pełna samolotów, była niemal pusta. To był efekt bezprecedensowego zamknięcia amerykańskiej przestrzeni powietrznej po zamachach.
Kolejne F-16 były już uzbrojone
Pierwsza para z Andrews wystartowała bez rakiet. Kolejne F-16 startujące z bazy około 10:42 i później były już w znacznie lepszej sytuacji pod względem uzbrojenia. Komisja 9/11 odnotowała, że kolejne maszyny były uzbrajane.
Oznaczało to, że wraz z upływem czasu obrona Waszyngtonu stawała się coraz bardziej przygotowana do rzeczywistego użycia siły, choć już nie była potrzebna.
Penney i Sasseville po zakończeniu patrolu i lądowaniu, ponownie wystartowali, tym razem już na uzbrojonych F-16. Ich zadania obejmowały również ochronę i eskortowanie samolotu prezydenckiego Air Force One.
11 września 2001 roku nie był więc dla nich pojedynczym alarmowym startem, ale początkiem wielogodzinnych działań w zupełnie nowej sytuacji strategicznej.
Źródło informacji: National Commission on Terrorist Attacks Upon the United States, National Museum of the U.S. Air Force, U.S. Air Force / 113th Wing / redag. Aviation24.pl





