Napięcie między Stanami Zjednoczonymi a Wenezuelą coraz bardziej przybiera wymiar powietrzno-morski. Przemieszczenie grupy uderzeniowej USS Gerald R. Ford oraz obecność samolotów F-35 w rejonie Karaibów wskazują na przygotowania USA do ewentualnych operacji lotniczych w regionie. Amerykańskie lotnictwo i marynarka dysponują dziś przewagą technologiczną i ogniową, która może przesądzić o przebiegu każdego konfliktu nad północną częścią Ameryki Południowej.
Od września amerykańskie siły powietrzne intensyfikują działania w rejonie Karaibów. Pierwotnie uderzenia F-35 i dronów MQ-9 Reaper miały charakter operacji antynarkotykowej, jednak ich częstotliwość i skala sugerują przygotowanie do szerszych działań. Według danych CSIS, ataki na jednostki przemytnicze rozpoczęły się 2 września i z tygodnia na tydzień przybierały na sile, obejmując coraz większy obszar – od Morza Karaibskiego po wschodni Pacyfik.
W miarę jak liczba operacji rosła, równolegle zwiększano obecność wojskową w powietrzu. Na Portoryko przebazowano dziesięć myśliwców F-35B, a wraz z grupą lotniskowca USS Gerald R. Ford w regionie pojawiło się kilkadziesiąt maszyn pokładowych F/A-18E/F Super Hornet oraz F-35C. Całość uzupełniają samoloty wczesnego ostrzegania E-2D Advanced Hawkeye i powietrzne tankowce KC-135, co znacząco rozszerza zasięg działań bojowych.
Wenezuela może przeciwstawić około 30 sprawnych samolotów bojowych, głównie Su-30MK2 i starszych F-16A/B, których stan techniczny pozostawia wiele do życzenia. Brak części zamiennych, wynikający z sankcji USA, ogranicza realną liczbę gotowych do lotu maszyn. W praktyce oznacza to, że w przypadku eskalacji amerykańskie lotnictwo mogłoby w krótkim czasie uzyskać całkowitą dominację w powietrzu.
Eksperci wskazują, że pierwsze uderzenia – gdyby doszło do konfliktu – byłyby wymierzone w infrastrukturę lotniczą i systemy obrony powietrznej Wenezueli. Zasięg pocisków manewrujących Tomahawk (do 1600 km) oraz rakiet JASSM pozwala na prowadzenie precyzyjnych ataków z dala od zasięgu wenezuelskich baterii przeciwlotniczych. W praktyce oznacza to, że amerykańskie lotnictwo mogłoby sparaliżować zdolności obronne kraju bez naruszania jego przestrzeni powietrznej przez pilotowane maszyny.
W ciągu ostatnich tygodni na karaibskich lotniskach obserwowano wzmożony ruch lotniczy – w tym lądowania samolotów transportowych C-17 Globemaster III i C-130J Super Hercules, które dostarczają sprzęt dla kontyngentu F-35. Modernizowane są także pasy startowe na Portoryko, co umożliwia przyjęcie większych jednostek bojowych, w tym bombowców strategicznych.
W przypadku dalszej eskalacji konfliktu kluczową rolę odegrają właśnie siły lotnicze. To one zdecydują o możliwości precyzyjnych uderzeń, neutralizacji wenezuelskich radarów i otwarcia przestrzeni powietrznej dla operacji morskich. Lotnictwo marynarki i siły powietrzne USA posiadają doświadczenie w działaniach w warunkach silnej obrony przeciwlotniczej, a nowoczesne systemy stealth czynią F-35 niemal niewidocznym dla wenezuelskich radarów.
Wszystko wskazuje, że Waszyngton utrzymuje tzw. napięcie operacyjne – stan gotowości, w którym przewaga lotnicza ma służyć jako główny środek nacisku na reżim Nicolása Maduro. Jeżeli jednak napięcie przekształci się w otwarty konflikt, to właśnie samoloty – nie czołgi – zdecydują o jego przebiegu i wyniku.
Amerykańska przewaga technologiczna i globalna logistyka lotnicza stanowią fundament strategii odstraszania. Wenezuela, mimo rozbudowanej armii lądowej, nie jest w stanie prowadzić skutecznych działań w przestrzeni powietrznej ani zapewnić osłony swoim strategicznym obiektom. W tej rozgrywce to lotnictwo będzie pierwszym i najważniejszym narzędziem presji polityczno-wojskowej.
Źródło informacji: Center for Strategic and International Studies (CSIS), USNI Fleet Tracker, Department of Defense, FlightGlobal, Air & Space Forces Magazine / redag. Aviation24.pl






